Precelek niezgody

Spółka Frito-Lay po raz kolejny zwyciężyła w sprawie generyczności znaku towarowego „pretzel crisps” (ang. chrupki preclowe) w USA. Koncern PepsiCo, do którego należy Frito-Lay i spółka Snyder’s-Lance ponownie pojawili się przed sądem w związku z trwającym już od 12 lat sporem o rejestrację terminu „pretzel crisps” jako znaku towarowego.

 

W systemach rejestracji znaków towarowych objęcia ochroną odmawia się zazwyczaj znakom towarowym pozbawionym charakteru odróżniającego, w tym stanowiącym nazwy własne produktów. Chodzi o to, aby taka nazwa własna nie została zmonopolizowana wyłącznie na rzecz jednego podmiotu. Pomimo tego niektóre podmioty uparcie próbują objąć ochroną tego typu oznaczenia.

W sporze pomiędzy producentami słonych przekąsek po raz kolejny sędzia orzekł na korzyść Frito-Lay, która to spółka kwestionowała możliwość rejestracji przez Snyder’s-Lance  oznaczenia „pretzel crisps”, uznając je za pozbawione charakteru odróżniającego, a przez to opisowe. Sąd zadecydował, że żadna firma nie może zmonopolizować terminu „chrupki preclowe”, pomimo usilnych wysiłków zgłaszającego znak prowadzonych od 2009 r., aby zarejestrować termin jako znak towarowy.

Znak został zgłoszony do oznaczania takich produktów jak krakersy i precelki, jednak nie został zarejestrowany, ponieważ amerykański urząd patentowy uznał go za opisowy. Snyder’s-Lance ponownie złożył wniosek o rejestrację, twierdząc, że określenie to stało się z czasem rozpoznawalną marką dla słonych przekąsek, a więc uzyskało wtórną zdolność odróżniającą. Jednak producent precli „Rold Gold”, będąca częścią koncernu PepsiCo spółka Frito-Lay, sprzeciwiła się temu argumentowi.

W toku sprawy dwa federalne sądy apelacyjne, w 2014 r. i w 2017 r., orzekły, że znak ma charakter rodzajowy. Najświeższy wyrok również potwierdza, że producent nie może zmonopolizować nazwy własnej danego produktu.​

Instagram pozwany

Amerykańscy fotoreporterzy uznali, że Instagram uzurpował sobie prawa do dzieł chronionych prawem autorskim poprzez udostępnione użytkownikom narzędzie do osadzania treści, zachęcając tym samym do ponownego publikowania treści bez licencji i czerpania korzyści z repostowania zdjęć bez zgody ich twórców. Takie twierdzenia zostały zawarte w pozwie zbiorowym złożonym przez fotografów w USA przeciwko Instagramowi.

 

Osadzanie treści, w tym zdjęć, jest równoważne z wykorzystaniem własnych treści, dostępnych na dysku. Nie jest ono tożsame z udostępnianiem postów, których autor jest wówczas wskazany.

Pozew zbiorowy został złożony w sądzie federalnym w Kalifornii 19 maja 2021 r. przez fotoreporterów Alexis Hunleya i Matthew Scotta Brauera, którzy twierdzą, że Instagram narusza prawa autorskie pozwalając innym na ich naruszanie za pomocą narzędzia do osadzania. Umożliwia ono stronom trzecim, takim jak serwisy informacyjne, kopiowanie i ponowne publikowanie treści użytkowników Instagrama bez uzyskiwania licencji.

Zdjęcie Alexis Hunley zostało umieszczone bez jej zgody w instagramowym poście BuzzFeed, Inc. na temat protestów związanych ze śmiercią George’a Floyda w 2020 r. Fotografia Scotta Brauera została natomiast wykorzystana na Instagramie przez Time.com przy relacjonowaniu wyborów prezydenckich w 2016 r.

W myśl pozwu, Instagram celowo wspomagał i nakłaniał osoby trzecie do osadzania zdjęć i filmów chronionych prawem autorskim, chociaż zachęca w swojej polityce do poszanowania praw autorskich, jednocześnie świadomie uczestnicząc w odmiennym postępowaniu.

W czerwcu 2020 r. Instagram publicznie przyznał za pośrednictwem rzecznika prasowego jego właściciela, Facebooka, że ​​osoby trzecie w rzeczywistości muszą uzyskać licencję lub pozwolenie od właścicieli praw autorskich na umieszczanie dzieł chronionych prawem autorskim. Instagram znał i ignorował fakt, że żadna strona trzecia nigdy nie uzyskała licencji ani pozwolenia od Instagrama na osadzenie zdjęcia lub filmu chronionego prawem autorskim między 2013 r., kiedy uruchomiono narzędzie do osadzania, a 2020 r.

Dobry rok (80 lat wcześniej)

Wiele firm ociąga się z rejestracją swoich znaków towarowych. Okazuje się jednak, że takie podejście może się zupełnie nie opłacić w przyszłości. Niedawne działania właściciela marki Goodyear na terytorium Indii świadczą o korzyściach z wczesnej rejestracji znaków towarowych.

 

Podmioty rynkowe posiadające bogate portfolio znaków towarowych nierzadko zlecają monitorowanie zgłoszeń znaków towarowych na różnych terytoriach, aby weryfikować, czy jakiś konkurent przypadkiem nie planuje uzyskać ochrony na zbyt podobne oznaczenie. W ten właśnie sposób firma Goodyear dowiedziała się o istnieniu zgłoszenia znaku towarowego „GOOD YEAR” dla smarów i olejów samochodowych. Zgłoszenie zostało złożone przez spółkę zupełnie niepowiązaną z marką Goodyear.

Producent opon wniósł sprzeciw przeciwko zgłoszeniu znaku. Jako podstawę sprzeciwu podano znak towarowy zarejestrowany rok wcześniej. W toku postępowania zgłaszający powoływał się na fakt używania swojego oznaczenia na rynku smarów i olejów samochodowych już od 1997 r. Chciał tym samym udowodnić, że konsumenci powiązali już oznaczenie „GOOD YEAR” w stosunku do tego rodzaju produktów z jego przedsiębiorstwem.

W tym momencie globalny producent wyciągnął asa z rękawa, jakiego nikt – a najbardziej pewnie sam zgłaszający – się nie spodziewał. Aby udowodnić, że to marka Goodyear działa i używa na rynku znaków towarowych dłużej niż zgłaszający, firma powołała się na znak towarowy zgłoszony w kilka lat po rozpoczęciu przez nią działalności. Znak w starszej wersji był zarejestrowany w Indiach od ponad 80 lat. Jak widać, taki prezent z przeszłości potrafi bardzo się przydać – firma Goodyear wygrała spór.

Obiadek u Tesli

Marce motoryzacyjnej Tesla najwyraźniej nie wystarcza już rynek pojazdów. Tesla niedawno złożyła wniosek o rejestrację nowego znaku towarowego dla swojej marki w ramach usług restauracyjnych. Być może to znak, że firma w końcu przygotowuje się do realizacji pomysłu, o którym jej dyrektor generalny Elon Musk i inni dyrektorzy dyskutowali publicznie od co najmniej czterech lat.

 

Firma złożyła w USA wnioski o trzy nowe znaki towarowe, które będą obejmować kategorie: usługi restauracyjne, usługi restauracji typu pop-up, usługi restauracji samoobsługowych, usługi restauracji na wynos.

Można zastanawiać się, co ma wspólnego branża restauracyjna z najbardziej znaną firmą produkującą luksusowe samochody elektryczne. W 2017 r. ówczesny dyrektor techniczny Tesli, JB Straubel, powiedział na konferencji poświęconej technologii restauracyjnej FSTEC, że firma może próbować działać również w branży restauracyjnej. Pomysł polegał na przekształceniu stacji ładowania pojazdów elektrycznych w sklepy typu convenience z pełną obsługą, które serwują również jedzenie.

Tesla wypróbowała już wersję tego pomysłu na mniejszą skalę w Kalifornii. Elon Musk rozwinął następnie pomysł sklepu spożywczego i wrzucił na Twittera koncepcję restauracji z kelnerami na wrotkach i rockiem w tle, jak za starych amerykańskich czasów.

To nie pierwszy przypadek próby zderzenia branży restauracyjnej i motoryzacyjnej. Przewodnik Michelin, w którym utrata lub nabycie gwiazdek może wznieść na wyżyny rozpoznawalności lub zniszczyć restaurację, został pierwotnie opracowany w 1900 r. przez braci Andre i Edouarda Michelin, którzy chcieli zwiększyć popyt na samochody, a tym samym na produkowane przez nich opony. Stworzyli więc po drodze obszerny przewodnik po restauracjach i hotelach, a także mechanikach i stacjach benzynowych, aby zachęcić ludzi do korzystania z nowo odkrytej mobilności do odkrywania nie tylko świata, ale i nowych smaków.

Śmierdzący znak towarowy

Na chińskim rynku należy uważać nie tylko na znaki towarowe konkurentów, ale też na to, co podoba się lub nie państwu. Znak towarowy należący do tamtejszej restauracji został unieważniony z powodu „wyszydzania” chińskiej drużyny piłkarskiej.

 

Znak towarowy popularnej restauracji podającej potrawę stinky tofu w Pekinie, będący połączeniem dwóch znaków, które dosłownie czytane są jako „policzek” (rozumiany jako uderzenie) i „noga”, został unieważniony przez sąd z powodu potencjalnego „wyszydzania” reprezentacji Chin w piłce nożnej.

Sąd stwierdził, że używanie znaku towarowego do oznaczania specyficznej potrawy, jaką jest stinky tofu (fermentowane tofu o nieciekawym zapachu) może uwłaczać i satyryzować narodową drużynę piłkarską Chin i może z łatwością mieć negatywny wpływ na renomę drużyny. W myśl wyroku, dwa znaki chińskiego alfabetu tworzące znak towarowy mają taką samą wymowę jak „narodowa piłka nożna”, a znaczenie pierwszego znaku, czyli „policzek, uderzenie”, obejmuje elementy przemocy.

Problem może wynikać z tego, że chińscy internauci często wyśmiewają graczy narodowej drużyny piłkarskiej Chin jako mających „śmierdzące stopy”. Dzieje się tak za każdym razem, gdy drużyna przegrywa mecz.

Spór prawny o „śmierdzący” znak towarowy trwa od trzech lat. Właściciel restauracji powiedział, że znak towarowy nie miał na celu oczerniania drużyny piłkarskiej. Poparcie dla restauracji wyrazili chińscy internauci, rozpoczynając kolejną falę drwin z narodowej drużyny piłkarskiej. Napisali w mediach społecznościowych, że „śmierdzące” tofu przynajmniej smakuje dobrze, mimo że jest śmierdzące, podczas gdy narodowa drużyna piłkarska tylko śmierdzi.